Rodzic uczący granic
W ostatnim artykule postawiłam sobie zadanie wyjaśnić istotę uczenia dzieci reguł, zasad i granic, i jak fundamentalne znaczenie ma ta nauka dla ich rozwoju oraz powodzenia w późniejszych etapach życia.
Chciałabym teraz poświecić trochę uwagi roli rodzica, opiekuna w tym ważnym zadaniu.
Nie ma roli dziecka, bez roli rodzica, czy opiekuna. Stanowią bowiem całość. Dziecko nie może istnieć samo bez opieki. Powiecie, że przecież to oczywiste, ale proszę wierzyć, że nie zawsze było to takie jasne. Jeszcze w ubiegłym wieku, przyglądano sie temu z uwagą. Przeprowadzone obserwacje i badania na niemowlętach opuszczonych, osieroconych, pozbawionych bliskości fizycznej i emocjonalnej rodzica, ujawniły smutną prawidłowość, że dzieci te statystycznie częściej chorowały i umierały. Świadczy to, że od poczęcia dziecko potrzebuje głębokiej i bliskiej więzi z opiekunem, która jest mu potrzebna dla życia i rozwoju niczym tlen, woda, czy pokarm. Więź ta ulega ciągłej zmianie i przeobrażaniu się. Rzekłabym nawet, że musi ! ulegać zmianie w swej jakości i charakterze, w przeciwnym razie więź ta straci swoje dobroczynne właściwości, na rzecz właściwości blokujących rozwój zarówno dziecka, jak i rodzica (…tak, tak, rodzic nieustannie rozwija się tak samo jak dziecko….dziecko i rodzic rozwijają się razem).
Nikt nie ma wątpliwości, że najściślejsza więź z rodzicem (mamą), ma miejsce w etapie życia płodowego. Wyobrażając sobie poziom bliskości w tej więzi, można zrozumieć dlaczego tak istotne dla dziecka są trudności i problemy występujące pomiędzy matką i dzieckiem właśnie w tym etapie. Po przyjściu na świat relacja ta nadal jest bardzo ścisła, dziecko jest z mamą prawie jednym organizmem, rozdzielają się tylko na chwilkę, aby zaraz do siebie wrócić. Z miesiąca na miesiąc więź ta trochę rozluźnia się. Rodzice muszą powoli wracać do różnorodnych obowiązków życiowych, rozstania są coraz częstsze i dłuższe. Dziecko początkowo jest tym przerażone, ale z czasem zaczyna nosić obraz rodzica w pamięci, jest w stanie spokojnie przeczekać czas, w którym nie ma go blisko, wspominając go i nosząc poczucie, że niedługo wróci.
Następują ciągłe i systematyczne zmiany w relacji między rodzicami i dzieckiem. Przychodzi czas, w którym w miejsce intensywnego zaspokajania potrzeb dziecka, wprowadzać trzeba coraz częściej gesty i słowa zakazu, odmowy – „nie”, „ nie dam”,”nie wolno” itd. Zaczyna się czas stawiania dziecku granic, pokazywania, że w jakimś miejscu kończy się jego osoba i jego potrzeby oraz zachowania, a zaczynają sie inne osoby, ich potrzeby, możliwości i zwykłe realia życia.
Żyjemy w czasach, w których bardzo wzrosła świadomość i uwrażliwienie na świat przeżyć dziecka. To bardzo dobre zjawisko, gdyż jeszcze kilkaset, a nawet kilkadziesiąt lat wstecz, dzieci traktowano jak małych dorosłych, nie mając wglądu na specyfikę ich emocji i przeżyć, stawiano im zbyt duże wymagania i zbyt mało troszczono się o nie. Jednakże zaobserwować można dziś coś odmiennego. Wraz ze zwiększaniem empatii wobec dzieci nastąpiło wahnięcie postawy rodzicielskiej w przeciwną stronę. Rodzice często z lękiem traktują stawianie dzieciom wymagań, zabranianie, ocenianie, zdecydowane prowadzenie wychowawcze. Czasem wręcz boją sie dziecięcych emocji niezadowolenia, złości, płaczu, przeżywając je jako krzywdę dziecka, a siebie jako stronę krzywdzącą, a przecież reakcje te w sposób naturalny pojawiają się, gdy rodzic stosownie do sytuacji, próbuje ograniczać swobodne, nieskrępowane zachowania swojej pociechy, gdy mu odmawia zaspokajania jego potrzeb, w przypadku gdy jest to niemożliwe. Dziecko ma prawo czuć takie emocje i demonstrować je, są one same w sobie zupełnie zdrowe i naturalne. Większe znaczenie ma tu sposób w jaki rodzice przyjmują i radzą sobie z tymi reakcjami. Od tego sposobu będzie zależało, czy dziecko nauczy sie coraz dojrzalej wyrażać te emocje i właściwie kontaktować się z nimi, czy też nauczy się je nadmiernie tłumić, lub na przykład używać przeciwko opiekunom. Niska zdolność rodzica na spokojne przyjęcie, omówienie i konsekwentne przeczekanie trudnych emocji dziecka, skutkuje czasem opłakanymi zjawiskami, które można, w skrajnych przypadkach nazwać „terroryzmem domowym”, gdy dziecko wyucza się, że poprzez demonstrację przykrych dla rodzica emocji, np. płaczu, wściekłości, może na nim wymusić każde ustępstwo.
Wówczas zaczynają sie odwracać role rodzinne. Dziecko przejmuje władzę, czuje się „silniejsze” od rodzica. A trzeba sobie uświadomić, że relacja rodzic – dziecko zawsze będzie i powinna być skośna, a nie równa, rodzic jest stroną decydującą i silniejszą, dającą oparcie i siłę słabszemu i mniej poradnemu dziecku. Szczególnie we wcześniejszych etapach rozwojowych dziecka rodzic nie może być wobec niego kumplem czy partnerem. To wizja nierealistyczna. Każda zmiana tego kształtu relacji zaowocuje wypadnięciem, utraceniem roli rodzica. Jest naturalnym, że dzieci szczególnie w okresie przedszkolnym, chcą wypróbować siłę i odporność swoich opiekunów, ale zadaniem rodzica jest trwać spokojnie w swojej ważnej opiekuńczej roli.
Używając tu słowa „siła”, nie mam na myśli brutalności, autorytarności, ale troskliwość, opanowanie, konsekwencję, spokój wynikający z przekonania, że chcę być dla mojego dziecka dobrym przewodnikiem. Oczywiście im starsze dziecko, a tym bardziej wkraczające w okres dojrzewania, tym większej refleksji i wyczucia wymaga rola rodzica względem niego…..ale to już nie do gazetki przedszkolnej.
Gdy dziecku uda się zdominować rodzica, paradoksalnie zaczyna ono też tracić poczucie bezpieczeństwa. Nie ma bowiem wówczas przewodnika, drogowskazów, oparcia, ani bezpiecznego schronienia pod skrzydłami mamy, czy taty. Sam kieruje się w działaniu wówczas własną dziecięcą wiedzą o świecie, a jest ona przecież tak krucha i mała. Niepokój, chaos i impulsywność, która często pojawia się u takich dzieci, jest mylnie czasem rozpoznawana jako zespół nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD).
Kończąc swoje refleksje, chciałabym podkreślić pewną zupełnie zdroworozsądkową zasadę dobrej opieki, iż prawidłowy rozwój dziecka nie odbywa się jedynie przez samo zaspokajanie jego potrzeb, ale jednocześnie także przez odpowiednie i rozsądne ich frustrowanie (nie zaspokajanie), stosownie do sytuacji…… i nie można się bać tego zjawiska. Przecież na tym właśnie polega życie, do którego przygotowujemy nasze dzieci.
Przygotowała
Katarzyna Zygmunt
psycholog z Publicznej Poradni
Psychologiczno-Pedagogicznej w Oleśnie

